Facebook dojrzewa, a w tle wielka wojna o kasiorę

Pewnego słonecznego dnia Facebook przyszedł do domu ze szkoły i nie był już grzecznym, ulizanym chłopczykiem.

Skórzana kurtka, tatuaż (chyba zmywalny) na karku, irokez z cukru na głowie, klips w nosie (na prawdziwy kolczyk jeszcze nie miał odwagi). O, tempora…

Do tej pory Facebook był wyidealizowanym, nieco sztucznym światem.

Niczym w grze The Sims, wszyscy użytkownicy byli piękni, mieszkali w podmiejskich willach, weekendowali się na plażach nieskażonych parawanami i wrzucali selfie sprzed luksusowego samochodu. To nic, że zdjęcia pochodziły ze stocków, a willa i auto należały do sąsiada. Znajomi poklepywali się po plecach, lajkując wzajemnie posty i nie bacząc na ich wartość merytoryczną lub rozrywkową.

Na Facebooku zdarzały się przypadki znane z życia offline: przemoc, zastraszanie, mobbing, hejt itp. Jeśli napotkałeś wpis o podobnym charakterze, istniała procedura zgłaszania go do obsługi portalu opisana tutaj: https://www.facebook.com/help/408955225828742. Z historii krążących po necie wynika, że admini mieli czasem problemy z odpowiednimi działaniami, ale dzięki nieskrępowanej komunikacji między użytkownikami wiadomości o podobnych zdarzeniach czy profilach szybko się rozchodziły i umożliwiały społeczną reakcję.

Najczęściej jednak – na szczęście – chodziło o pomoc w zbiórce, wyrażenie poparcia i sympatii, dowcipny komentarz. Pozytywne przejawy komunikacji międzyludzkiej, których symbolem i walutą były lajki, przyciśnięcia przycisku „Lubię to”. Wpisy dotyczące smutnych wydarzeń były opatrywane emotikonami, wyrażeniami typu <smuteczek>, albo po prostu empatycznym komentarzem. To działało – ale najwyraźniej nie wszystkim wystarczało.

Niektórzy uważali, że brak innych przycisków niż lajk poważnie ogranicza rozmowy i spłyca relacje. Jestem na 99 proc. pewny, że to same zastrzeżenia słyszeli wynalazcy telefonu („Jak to: nie widzę osoby, z którą rozmawiam? Bojkot!”), a na 100 proc. wiem, że z podobną krytyką wyskakują ludzie w stosunku do filmów kinowych. Że historia jest opowiedziana po łebkach, że wszędzie tylko sztampowy schemat „od biednego do bogatego”, że w życiu jest inaczej.

Back to reality, up there goes gravity

Oczywiście, że w życiu jest inaczej. Z zastrzeżeniem, że prawdziwe życie też nie jest wiernym odbiciem całej relacji międzyludzkiej. Każde medium, przy pomocy którego komunikujemy się ze sobą – nie tylko telefony, internet, ale też nasze ciała – ogranicza komunikację. Prawdziwa byłaby jedynie komunikacja telepatyczna. Na co Homo sapiens nie jest absolutnie gotowy i chyba nigdy nie będzie. Ograniczenia istnieją, ale przecież one nie przeszkadzają nam kochać, pomagać, żartować.

Jeden przycisk „Lubię to” był takim właśnie ograniczeniem: niby to mało, ale zbytnio nie przeszkadzał.

Wprowadzenie kolejnego, medialnie komentowanego jako „Nie lubię” – choć nie jest to wersja ostateczna i sam Mark Zuckerberg na razie odżegnuje się od tej nazwy – zmieni charakter portalu. Brian Barrett w świetnym materiale przedstawia argumentację przeciw wprowadzaniu negatywnego opisywania postów na Facebooku. W skrócie: przestanie to być sielskie (z wyjątkami) środowisko wzajemnej adoracji (w pozytywnym sensie). Cały tekst, okraszony komentarzem dr Larry’ego Rosena, specjalisty psychology of technology, znajdziesz tutaj: http://www.wired.com/2015/09/facebook-dislike-button/. Brian dochodzi do wniosku, że owszem – nowy przycisk jest potrzebny. Ale na pewno nie o treści „Nie lubię”. Coś bardziej w stylu „Widziałem to”. Neutralna informacja, że materiał jest ważny, ale do którego treści nie pasuje zwyczajowe „lubię”.

W swoim artykule Brian posługuje się analogią z Reddit, gdzie opinie pozytywne i negatywne ustalają kolejność wyświetlania się wiadomości. Ja spojrzałbym w kierunku YouTube. Tam mamy kciuki w górę (lubimy) i kciuki w dół (nie lubimy). Zupełnie odwrotnie niż oryginalne znaczenie w czasach starożytnego Rzymu, ale cóż… Otóż, YouTube nie wyświetla w przeglądarce opinii pozytywnych ani negatywnych. Widać tylko popularność: liczbę wejść w wideo. Dopiero po kliknięciu – czyli de facto, oddaniu głosu na film – widać ilu osobom się podobał, a ile było zawiedzionych. Na YouTube kliknięcie w film oznacza zainteresowanie autorem filmu lub jego zawartością opisaną w tytule lub opisie. Kliknięcie „w górę” lub „w dół” oznacza odbiór pojedynczego filmu. Tak jak możemy lubić/nie lubić M. Night Shyamalana, co nie przeszkadza nam się nudzić/świetnie bawić na filmie The Visit (pl. Wizyta).

Facebook już teraz ma podobne, dwustopniowe okazanie zainteresowania: odpowiednikiem kliknięcia jest nawiązanie znajomości z innym użytkownikiem. Działa to identycznie jak na YT (lubimy/klikamy niezależnie od jakości treści), z tą różnicą, że część treści jest dostępna wyłącznie w kręgu znajomych, a więc zamknięta przed publicznym wyszukiwaniem.

Facebook potrzebuje zatem prostego wskaźnika popularności/klikalności. Pozwoli on łatwiej wyszukiwać ciekawe treści poza gronem znajomych. Ale Zuckerberg wzbrania się przed wprowadzeniem tej funkcji, nie chcąc – i słusznie – zmienić sielankowego środowiska w wyścig szczurów o popularność. Facebook to medium jakościowe i za to go cenimy.

Wojny cień

Nilay Patel na łamach The Verge rysuje obraz zmagań o wielką kasiorę w internecie. Zmagań, w których kolejne produkty i usługi wprowadzane przez Google, Apple i Facebooka mają wzmocnić pozycję konkurencyjną względem pozostałej dwójki i uzasadnić żądania większego procentu od przychodów reklamowych. Punktem wyjścia do zmagań były podstawowe produkty: Google kontrolowało wyszukiwarkę, Apple – urządzenia do przeglądania, a Facebook – treści. Google wprowadziło Androida, by uniezależnić się od Apple w kwestii sprzętu, oraz Apps, żeby użytkownicy mogli tworzyć treści poza FB. Apple wyszło z iTunes, żeby mieć własne treści oraz by czytelnicy nie szukali ich w Google’u. Facebook zaś idzie głębiej w treści (jakość) poprzez zakup Instagrama i wprowadzenie Instant Articles, by dodatkowo odciągnąć czytelników od wyszukiwarki Google.

To dlatego Facebook szuka sposobu, by dodać opcję ilościowego pomiaru treści. Chce odciągnąć użytkowników internetu od wyszukiwarki Google.

Facebook się zbroi

Zapowiedź nowego przycisku to nie jedyna nowość, którą w ostatnich kilku tygodniach ujawnił Facebook. Prócz tego, portal przedstawił dwie inne funkcje.

Drugą ważną funkcją jest Signal, czyli panel do zarządzania profilem własnym oraz kilkoma profilami/stronami bez konieczności przełączania się między profilami (ogłoszony w ubiegły czwartek). Zawodowi twitterowicze doskonale znają Tweetdeck: teraz FB będzie miał podobną aplikację. Na razie Signal ma być dostępny jedynie dla dziennikarzy (powiem, że nareszcie, choć czuję się nieco jak świnka doświadczalna), ale po zakończeniu okresu testowego z pewnością zostanie udostępniony co najmniej koncernom i agencjom.

Trzecią nowością jest Facebook At Work, czyli korzystanie z FB w formie wewnętrznej platformy komunikacyjnej dla pracowników. To bezsprzecznie atak na Google Apps i Microsoft Office (który również pasuje do tych zmagań, ale został dziwnie pominięty w artykule Patela: Microsoft ma treści/wyszukiwarkę przez MSN.com i Office oraz sprzęt przez Nokię/Microsoft Phone i Xbox) i jeszcze lepsze przyciągnięcie korporacji do FB.

Z tego wszystkiego wyłania się nieco cyniczny obraz, w którym potrzeby użytkowników są wtórne w stosunku do potrzeb biznesowych korporacji. Z drugiej strony: korzystamy z nich za darmo, dostając bardzo konkretne i cenne korzyści: kontakt ze znajomymi, rozrywkę, edukację. Nie ma co narzekać, tylko jak zawsze: zachować zdrowy rozsądek i wkładać w grupę znajomych pozytywne zachowania i wpisy.

Podziel się z innymi

Post Comment