Flipboard, więc czytam. O tym, dlaczego Twitter chce wydać miliard dolarów

Gdy trzy lata temu Facebook ogłosił chęć zakupu Instagramu za miliard dolarów, ludzie pukali się w czoło. Dziś wszyscy uważają to za bardzo dobry ruch.

W tym tygodniu Twitter ujawnił, że oferuje dokładnie tyle samo pieniędzy za serwis Flipboard. Część komentatorów znów puka się w czoło (zadając pytania jak to takie z roboczego tytułu tego wpisu: Czy Twitter zwariował?), ale oni już tak chyba po prostu mają. Po prostu pukanie się w czoło weszło im w krew. Generalnie, opinie są bardziej wyważone, ale wszyscy zadają sobie pytanie: czy faktycznie warto? Oraz – co mnie ciekawi znacznie bardziej – co to oznacza dla rynku mediów, reklamy, PR? Jaką zmianę systemową w branży to oznacza?

(Ten wpis stanowi swoiste preludium do pierwszego długiego artykułu z serii Social Reads [nazwa robocza;]: tekstów problemowych, poruszających tematy przemilczane, polaryzujące, ale jednocześnie fundamentalne i innovatively disruptive. Jak zawsze na łamach Social PR: bez zadęcia.)

Czym jest Flipboard?

Flipboard to platforma społecznościowa. Pod względem formy blisko mu do Pinteresta: zamiast zdjęć w tablicach użytkownicy gromadzą w magazynach (w sensie: w osobistych drukowanych miesięcznikach, nie w budynkach wypełnionych po sufit kartonowymi pudłami) linki do artykułów (w formie tekstowo-wizualnej) na interesujące tematy. Linki prowadzą do źródła zewnętrznego, dokładnie jak miało to miejsce w Facebook Paper i przeciwnie niż na Facebook Instant Articles.

Linki można zgłaszać jako niewłaściwe, udostępniać w innych platformach (na razie email, Twitter, Facebook), lajkować, follować autorów i tematy oraz flipować (co jest odpowiednikiem pinowania na Pintereście).

Najciekawsze i najlepiej wyjaśniające chęć zakupu przez Twitter jest przeglądanie treści. Oddzielnie są wyświetlane nowości. Zapewne za moment będą wyświetlane treści promowane komercyjnie. Treści można przeglądać po autorach (grupowanych również tematycznie) oraz po tagach – co bardzo przypomina Twitterowe dyskusje. Jest oczywiście dział Trending Topics.

Załóżmy, że interesują cię materiały na temat powodzi w Teksasie. Wpisujesz w wyszukiwarkę frazę Texas flood i ukazuje ci się zbiór linków do artykułów w różnych magazynach i portalach online dotyczących tego właśnie tematu. Wybierasz to, co cię ciekawi, klikasz i czytasz. Fajne? Więc zapisujesz do swojego magazynu na dany temat. Nie masz czasu czytać teraz, ale planujesz wieczorem? Zapisujesz w domyślnym magazynie Read Later.

Flipboard jest fajny, bo…

Artykuły, dłuższe artykuły. Tyle osób narzeka, że twity i sms-y redukują międzyludzką sferę komunikacyjną. Teraz będą mogli/mogły czytać do woli. Jak dla mnie to też bardzo fajny generator pomysłów na wpisy na blog. Zbierasz ulubione teksty, do których możesz zawsze wrócić (tzn. o ile nie zostaną skasowane z portalu-źródła lub przeniesione do archiwum – można to jednak obejść, robiąc screenshot i wklejając zdjęcia).

Z drugiej strony przygotowanie dobrego artykułu społecznego, biznesowego, technologicznego nie jest łatwe. Wymaga pracy i umiejętności. To nie jest cyknięcie fotki smartfonem. Nie każdy się w tym odnajdzie. Jednak ci najlepsi dzięki Flipboardowi zyskają widoczność i kontakt z czytelnikami.

Oczami wyobraźni widzę Flipboard jako – między innymi – platformę publikacji powieści w odcinkach. Kiedyś służyły do tego gazety. #XXIwiek, kurde.

Ciekawe jak działa algorytm wyświetlania artykułów w strumieniu. Czy opiera się na klikach? Lajkach? Dacie publikacji? Na oko nie potrafię znaleźć tu żadnej logiki. Na razie.

Flipboard kontra Facebook Instant Articles, Issuu, RSS

W moim odczuciu, Facebook Instant Articles służy do publikacji treści raczej edukacyjnych, rozrywkowych, lifestyle’owych. Flipboard zaś prezentuje treści społeczne, biznesowe, technologiczne, sportowe. Raczej felietony do czytania niż poradniki do oglądania.

Issuu dostanie kopniaka, podobnie jak pozostałe tradycyjne media, które tworzą markę parasolową dla swoich autorów. Po co czytać cały numer i przewracać strony, jeśli można bez problemu dotrzeć precyzyjnie do ulubionej kolumny? Najlepsi i ci z najwierniejszą publicznością pozostaną na placu, reszta… cóż…

Wiele osób lubiłoby RSS bardziej, gdyby forma była bardziej wdzięczna, wizualna. Oto rozwiązanie. Typowe RSS nie znikną zupełnie, ponieważ są przydatne dla osób śledzących kilkanaście/kilkadziesiąt źródeł jednocześnie. Ale dla przeciętnego czytelnika Flipboard będzie ładniejszy, a przez to bardziej przydatny.

Wpływ na media/dziennikarz (możliwy)

Idealne narzędzie do zarządzania researchem. Zamiast bawić się w tabelki i lub przeklejanie linków na Twittera, tworzysz sobie magazyn o nazwie Praca i tam flipujesz interesujące artykuły. Gdy zbliża się deadline (o, przepraszam: gdy zbierze się odpowiednia liczba źródeł), robisz z tego własny materiał.

Kontekstowa platforma dystrybucji ciekawych artykułów. Precyzyjne targetowanie pozwoli ominąć zabawę w SEO w wyszukiwarkach i dotrzeć do czytelników faktycznie zainteresowanych tematem – którzy dodatkowo nie mają nic przeciwko przeczytaniu dłuższego materiału. Nie trzeba konkurować z innymi źródłami, ponieważ czytelnik zobaczy je wszystkie.

Wielką stratę mogą odczuć zamknięte paywalle mediów, o ile nie zostanie to jakoś zgrane z Flipboardem. Nie przejdzie już publikacja ogólnego tekstu na temat przykładowej powodzi w Teksasie, ponieważ podobny tekst czytelnik znajdzie za free na innym portalu. Zresztą, nie jest powiedziane, że za moment Flipboard nie wprowadzi części Premium, gdzie wydawcy będą mogli zamieszczać treści za opłatą lub w globalnym portalowym abonamencie. Podejście supermarketowe powinno szybko wygrać z indywidualnymi paywallami. Przy odrobinie wysiłku i wprowadzaniu rozliczeń z autorami Flipboard może stać się konkurencją dla blogo-agregatorów typu The Huffington Post. Dla autorów/dziennikarzy oznacza to jeszcze dalsze zepchnięcie na margines typowych tytułów na rzecz dziennikarzy-przedsiębiorców, tworzących i zarządzających własnymi markami medialnymi. Jedni to lubią, inni nie.

Po kieszeni dostaną też zapewne wydawcy, którzy zainwestowali we własne aplikacje do czytania na urządzeniach mobilnych. Ponownie: podejście supermarketowe.

Wpływ na PR (możliwy)

W najnowszej ankiecie Komu Komunikacji na temat współpracy na linii PR-dziennikarze (którą sympatycznie omówimy za kilka dni) jednym z ciekawszych wniosków jest narzekanie dziennikarzy, że PR-owcy nie dostarczają materiałów pod przygotowywane artykuły. Teraz będzie to łatwe: wchodzisz na profil dziennikarza, patrzysz jakie ma katalogi/tablice pod przygotowywane artykuły i już wiesz jakie informacje zbiera.

Wniosek

Narzędzie fajne. Czy warte miliard? Może 🙂 Po uwypukleniu dyskusji (do poziomu Twittera) będzie to cennym antidotum na zalew bezwartościowych treści.

Podziel się z innymi

Post Comment