Indiański problem

Senat amerykańskiego stanu Indiana przyjął ustawę o przywróceniu swobody religijnej (Religious Freedom Restoration Act). Ustawa przewidywała, że powołanie się na poczucie znaczącego naruszenia lub przypuszczalnego naruszenia swobodnego wyznawania religii stanie się dopuszczalną linią sądowej obrony w sprawach przeciwko osobom prywatnym, przedsiębiorstwom (nie wchodzę w szczegóły czy posiada osobowość prawną, czy nie), instytucjom publicznym.

Przeciwnicy ustawy argumentowali między innymi, że otwiera to furtkę do odmowy świadczenia przed przedsiębiorców usług pewnym grupom klientów ze względu na przekonania lub styl życia tychże klientów. Tłumacząc to na kontekst kulturowy stanu Indiana, najbardziej prawdopodobny scenariusz wyglądał następująco: głęboko religijny właściciel restauracji odmawia obsługi dwojga osób tej samej płci, którzy weszli/weszły do lokalu, trzymając się za ręce. Albo właściciel kamienicy rozwiązuje umowę z dwoma kobietami wynajmującymi jedno z mieszkań. Albo właściciel firmy zwalnia pracownika-mężczyznę noszącego kolorowe ubrania.

Ustawa została podpisana 26 marca.

Rozpoczęły się protesty. Wielu znanych przedsiębiorców, artystów, sportowców, polityków, wyraziło publicznie swój sprzeciw. Wiele organizacji zapowiedziało zakończenie współpracy biznesowej z podmiotami ulokowanymi na terenie stanu Indiana. Kilka stanów oraz miast amerykańskich zawiesiło współ-fundowane przez nich wyjazdy turystyczne mieszkańców do Indiany.

Równocześnie wiele znanych osób – przedsiębiorców, polityków – wyraziło poparcie dla ustawy.

2 kwietnia została zgłoszona poprawka anty-dyskryminacyjna, która zapewnia ochronę osobom LGBT.

W kolejnych dniach bojkot zelżał. Wycinki prasowe wymieniają przede wszystkim przywrócenie wyjazdów współ-fundowanych.

15 kwietnia pojawiła się informacja, że władze stanowe wynajęły agencję PR do poprawienia wizerunku Indiany.

************************

Przyglądając się sytuacji z profesjonalnego, kejsowego punktu widzenia, zauważyłem dwie mega dziury komunikacyjne.

Pierwsza: podobne ustawy funkcjonują obecnie w 30 innych stanach USA. Kilkanaście kolejnych przymierza się do przyjęcia podobnych w 2015 roku. Czy ktokolwiek przeprowadził badania, by sprawdzić jak zapisy ustawy są wykorzystywane? Ile spraw zostało skierowanych do sądu? Jakimi wynikami się zakończyły?

Druga: czy zaistniały wcześniej przypadki spraw sądowych, w których podobna linia obrony byłaby uzasadniona, ale na skutek braku odpowiednich przepisów, strona oskarżona musiała ostro kombinować, żeby zaprezentować inną obronę, mającą choć cień logiki i prawnego ciężaru gatunkowego?

Przedstawienie tych informacji może nie zmieniłoby nastawienia żadnej z grup do zapisów ustawy. Jednak na pewno dałoby dane, do których można się odwoływać w rozmowach.

************************

Choć w tej sytuacji nie da się uciec od moralnego/religijnego aspektu, trzeba pamiętać, że przyjęcie takiej właśnie ramy dyskusji (ukłony dla Orena Klaffa za praktyczny opis teorii ram negocjacyjnych, recenzja książki Pitch Anything i kilka wybranych z niej ciekawostek już niedługo na naszych łamach!) drastycznie ogranicza dyskusję. Właściwie działa na nią jedynie rama siły, i to poparta ogromnym autorytetem administracyjnym lub osobistym. Jako że rolą Public Relations jest – jak pisałem we wcześniejszych postach – otwarcie kanałów komunikacyjnych, to przewiduję, że wynajęta przez stan Indiana agencja sporo napracuje się na swój czek (mówi się o 2 mln USD dla samej agencji, bez wydatków na reklamę).

źródło: http://prdaily.com/crisiscommunications/Articles/18467.aspx

źródło obrazka: http://www.redstate.com

Podziel się z innymi

Post Comment