Social nie jest wyścigiem z jednym zwycięzcą

Seth Godin już kilka razy pojawił się na łamach Social PR. Nie śledzę na bieżąco całej jego działalności, ale przeglądam regularnie jego blog i raz na jakiś czas znajduję tam potężne i zarazem proste prawdy. Takie, które wykorzystuję w pracy, ale też w życiu codziennym. Dość stary wpis z szóstego czerwca jest jedną z takich prawd.

Przesłanie, które wyniosłem z tego wpisu brzmi: Social nie jest wyścigiem z jednym zwycięzcą. Jedynymi wygranymi są klienci.

Celem prowadzenia profilu na jakimkolwiek portalu nie jest zdobywanie fanów. Walka między profilami o jak największą liczbę fanów nie ma żadnego znaczenia. W socialu chodzi o dyskusję i kontakt z fanami. Podstawowym zadaniem osoby prowadzącej portal nie jest realizacja postawionych celów ilościowych, ale rozwój społeczności. Tak żeby raz na jakiś czas, gdy zamieścisz wpis promujący produkt lub usługę, został on potraktowany jako okazję do rewanżu za poświęcony czas i fajne treści, a nie jako ofertę handlową.

W USA stacje telewizyjne/kablowe emitują co najmniej 10 codziennych talk-shows. Stacje te oczywiście rywalizują ze sobą o widownię, ponieważ puszczają te programy w tym paśmie prime-time. Ale czy sami prowadzący walczą ze sobą o widzów? Pamiętasz jedno z głównych przesłań książki „Strategia błękitnego oceanu„? Brzmiało ono:

spraw, aby konkurencja była irrelevant, nieistotna.

Żeby de facto, nie istniała konkurencja. Cóż więc zatem robią gospodarze talk-shows? Profilują swoich odbiorców i serwują im treści dopasowane do ich punktu widzenia na kilka najważniejszych spraw życiowych. Dokładnie takie samo zjawisko występuje np. w przypadku komików z UK. A nawet lepiej: ponieważ możesz jednocześnie lubić i wspierać kilkoro z nich. W przypadku programów na żywo możesz co prawda nagrać audycję i obejrzeć później, ale to już wymaga więcej wolnego czasu. A z komikami: w jednym tygodniu możesz iść na występ jednego z nich, w kolejnym tygodniu – na występ innej comedienne, a w trzecim możesz kupić DVD jeszcze innego stand-upowca. Nie ma najmniejszego kłopotu.

Wiele branż na ograniczeniach zbudowało swoje potęgi i wpływy. Nie mam na myśli monopoli, ale ograniczenia wynikające z czynników naturalnych. Korzystają z nich producenci surowców naturalnych (z ropą i gazem na czele), kraje kontrolujące handlowy i transportowy dostęp do morza, a także do pewnego stopnia kluby sportowe z dyscyplin nieglobalnych (czyli bez piłki nożnej, koszykówki, hokeja).

Ale to jest social. Tutaj granice są niewyraźne, a bariery niewysokie. Wystarczy klik, żeby się gdzieś przenieść. Chodzi więc o to, aby zrobienie tego klika było trudne psychologicznie. Żeby dostarczać taką wartość, jakiej dokładnie chcą twoi najlepsi klienci. Jasne, zasięgi organiczne maleją – ale jeśli masz zgraną społeczność, której nie traktujesz jako nagrody w wyścigu, to masz środki na wykupienie większego zasięgu. Albo w ogóle na wyjście poza online: można robić świetny social offline, a online traktować jako zaproszenie tych, którzy jeszcze nie są w twojej grupie.

Seth Godin po raz kolejny sprowokował mnie do fajnego myślenia. I wiesz co? Kiedy będę zastanawiał się nad jakimiś kwestiami, to w pierwszej kolejności wejdę na jego blog. Bo on się nie ściga – i to fantastyczne miejsce na złapanie oddechu i dystansu.

Podziel się z innymi

Post Comment