Socialowe sekrety, na żywo, z Mordoru

Oto social case najgłośniejszego social zjawiska ostatnich social miesięcy. O profilu Mordor Na Domaniewskiej i towarzyszącemu mordor.pl w ubiegłym roku wiedzieli nieliczni. Widniał gdzieś na horyzoncie świadomości, cień ze wschodu, niczym swój Tolkienowski protoplasta. Od końcówki ubiegłego roku beka z korpobullshitu rosła i rosła, a społeczność fanów nabrała wyrazu.

Jak to się stało?

Na początku było korpo.

Był rok 2012. Człowiek, który miał stać się Adminem Mordoru, świeżo upieczony kierownik, walczył o zachowanie zdrowego rozsądku i pogody ducha. Robił to w sposób typowo korporacyjny: poprzez rozwój osobisty. Założył osobny profil na FB, gdzie ku pokrzepieniu własnemu oraz innych zamieszczał motywacyjne bon moty, cytaty i porady. To pożyteczne treści, czasem całkiem przydatne, ale nie oferują takiego oczyszczenia jak wybuch szczerego śmiechu.

(Nawiasem: tamten profil wciąż istnieje i działa. Obecnie ma nieco ponad 500 fanów.)

Co było punktem startu do skoku w czeluści Mordoru?

Tak jak w każdej dobrej historii: trzy następujące po sobie wydarzenia. Każde kolejne jest o jeden stopień groźniejsze, bardziej emocjonalne niż poprzednie.

18 lutego 2013. Mondej. Wstaję bez głowy.

19 lutego. Po przebudzeniu. Reminder: don’t kill anyone today.

20 lutego. Po pracy czas do domu, do ulubionego kieliszka na wino. Który ma zaznaczone trzy poziomy.

ascii kieliszek

Czy naprawdę o to chodzi?

22 lutego. Szczęśliwe narodziny Mordor Na Domaniewskiej, dedykowanego profilu zajmującego się szczypaniem, szturchaniem i kopaniem w kostkę kultury korpo. Admin przyjmuje ksywkę Sauron.

Rozmawiając z Sauronem o okolicznościach powstania, spytałem czemu jako medium wybrał profil FB zamiast bardziej typowego w owych czasach (2013) bloga.

Dwie rzeczy: brak chęci do pisania. Mój żywioł to face-to-face, kontakt z ludźmi. Do pisania trzeba czasu, namysłu, redakcji. Social media są szybsze. Grafika przesłana przez użytkownika, krótki komentarz wymyślony w trakcie przerwy (do niedawna na fajku, ale rzuciłem palenie), i wpis gotowy.

Truth to remember: Pasja musi być w tobie.

Mijały tygodnie 2013 roku. Mordor rósł powoli. Złośliwie humorystyczny content zyskiwał fanów, którzy dzięki niemu mogli ujawnić i przeżyć skrywaną potrzebę odreagowania stresów i nabrania dystansu do pracy. 10 lajków. 20. 30. Mijały miesiące, a nawet lata. Info o odtrutce na korpobullshit rozchodziło się kanałami nieformalnymi, umilając wtajemniczonym poranne poniedziałkowe przejażdżki 17-ką. Nadszedł 2014. 100. 200 lajków

Truth to remember: Rozwój to nie maraton, tylko nagłe skoki.

W kwietniu 2014 roku, 14 miesięcy po założeniu profilu, nastąpił pierwszy punkt zwrotny. Przeskok od 200 lajków do wpisu na 1000. Było to udostępnienie satyrycznej historyjki obrazkowej (social advisory: explicit lyrics – jeśli masz ochotę, to tutaj jest link), która wywołała entuzjastyczny odzew społeczności. Widocznie wiele osób z takim poczuciem wychodziło z rozmowy kwalifikacyjnej.

Potem znów powolny wzrost. Profil zaczął być rozpoznawany, a info o pojawieniu się Mordoru na mapie Warszawy zaczęło wychodzić poza FB i poza Mokotów. Ursynów, Śródmieście, nawet Praga – wszędzie tam pojawiło się info. Na wielu portalach pojawiły się artykuły dłuższy i krótsze, mądrzejsze i głupsze na temat korporacyjnego Mordoru. Z Sauronem zaczęły kontaktować się różne media z propozycją wypowiedzi lub komentarza na tematy kariery w korpo. Tak zaczęła się kręcić machina mediów masowych. W międzyczasie minął kolejny rok. Zaczął się 2015.

1 kwiecień 2015. Na jednej z ulic w rejonie na słupie zawisła tabliczka turystyczna jasno mówiąca o panujących zwyczajach.

mordor tabliczka

 

Wielkie zainteresowanie różnych mediów. Udostępnianie. Idealna okazja do opowiedzenia historii profilu i społeczności.

Maj 2015. Ponowny skok. Tym razem sztuką contentu, która zażarła, było to zdjęcie schodów przy wyjściu z Metra Wierzbno (nadesłane na profil przez Piotra Dylewskiego).

„Dzień, w którym Słoik pękł”

sloik pekl

Z poziomu 1000 na 2000 lajków postu. Komentarze. Dyskusja. Zaangażowanie. Boom!

To nie był jakiś szczególnie atrakcyjny czy śmieszny wpis. Ot, kolejny pstryczek w korpo. Jednak odzew przerósł oczekiwania. Ludzie byli już gotowi, żeby przyłączyć się do armii. Od tamtej pory Mordor Na Domaniewskiej pędzi niepowstrzymanie do przodu.

Tyle historii. Teraz trochę technikaliów.

Pierwsze szybkie pytanie: Ile czasu spędzasz na interakcji z fanami?

Czasem wydaje mi się, że za dużo. Ale nie ma czegoś takiego jak „za dużo”. Ludzie doceniają, gdy dostaną lajka lub krótki, sympatyczny koment. Prócz mnie jeszcze dwie osoby ogarniają profil, więc zawsze coś się dzieje.

Drugie szybkie pytanie: Jak testujesz nowe formy contentu? Skąd wiesz co się sprawdza, a co nie?

Nie testuję. Czasem mamy w gronie adminów dyskusję czy dany wpis będzie się podobał, czy nie. A fani i tak nas zaskakują. Mamy zestaw evergreenów, który zawsze się trafi celnie, niezależnie od sytuacji. Ale nie przesadzamy z nimi. Wrzucamy treści jak leci i patrzymy, co się sprawdza. Mordor powstał w ten sposób, do tej pory to działa, i nie ma potrzeby tego zmieniać. Typowe profile marek czy osób mogą korzystać z analityki, ale humoru nie da się w ten sposób sklasyfikować. Ważna rzecz: content musi dobrze wyglądać na mobile’u. W 17-ce nie ma miejsca na wyciąganie tabletu. Musi wystarczyć telefon.

Truth to remember: Social prawdę ci powie.

Tyle wieści o Mordorze wprost z pierwszej płonącej ręki Saurona.

***************************************

O czym jeszcze świadczy powstanie i popularność Mordoru Na Domaniewskiej? Eskapizm pracowników zagłębiów biurowych mamy już odhaczony.

Czy istnienie Mordoru wpływa na coś negatywnie?

Może się wydawać, że to ciemna plama na mapie miasta. Ale Robert Stępowski, ekspert marketingu miejsc, uważa, że nie ma w tym nic nienaturalnego.

Jest to niewątpliwie żartobliwa nazwa największego skupiska biznesu korporacyjnego w Warszawie, a może nawet w całej Polsce. Myślę, że przez to widać coraz większy dystans młodego pokolenia Polaków do siebie samych i do swojej pracy – pracy która po 25 latach demokracji chyba przestaje dla nas stanowić najważniejszy element egzystencji.

Warszawa się zmienia. Nie ma już bazaru pod PKiN, ani na Stadionie X-lecia. Budząca strach Praga staje się coraz bardziej sexy, staje się miejscem spotkań różnego rodzaju grup intelektualnych i kulturalnych. Praktycznie każde miasto ma dzielnicę, z której nie jest zbyt dumne. Niebawem zostaną uruchomione duże pieniądze na rewitalizację miast i władze samorządowe powinni odebrać popularność Mordoru jako wskazówkę istnienia poważnych problemów społecznych, które trzeba rozwiązać. Na początek: transport.

Zdrowie fizyczne i psychiczne to drugi obszar, któremu powinny przyjrzeć się wszystkie osoby i instytucje deklarujące troskę o dobrą atmosferę wokół centrów biurowych. Włącznie z władzami miast i zarządami firm mających siedziby w owych centrach.

Czy warto czekać, aż pojawią się wyniki badań naukowych, wykazujące, że osoby pracujące na tym obszarze są najbardziej zestresowane w całym mieście? Że częściej ulegają wypaleniu zawodowemu, czy też chorują na depresję? Może jednak warto wcześniej podjąć działania prozdrowotne? Na pewno nie należy walczyć z żartobliwą narracją Mordoru. Jest to opowieść prawdziwa, powstała z autentycznych potrzeb ludzi. Problemy leżą gdzie indziej.

Nawet jeśli powstanie plan działań dla pracowników z Domaniewskiej, Mordor przetrwa. W końcu Dilbert – korpo-inżynier zza Wielkiej Wody – bawi nas już od ponad 35 lat.

Czy Mordor ma szansę stać się antykorporacyjnym zjawiskiem na miarę Dilberta? Komiks o Mordorze leży w sferze zainteresowań Admina, ale trudno trafić na dobrego rysownika z doświadczeniem w korpo. Jeśli znasz takiego, wyślij namiar. Adres: Mordor Na Domaniewskiej. Nazgule wybierają pocztę codziennie, o 23.59.

Podziel się z innymi

Post Comment