Vaynerchuk, niech cię szlag!

Rzeczywistość kopie z całej siły, gdy mijam wielkie bilbordy z reklamami wyszczerzonej rodziny, zajadającej serki lub kupującej ubezpieczenie. A ja wiem, że to sztuczne, stockowe zdjęcie.

Ignorance is bliss

– westchnął Cypher, wkładając do ust kawałek steku i kosztując jego wspaniały smak. Doskonale wiedział, że to tylko iluzja Matriksa, a jednak była mu ona bliższa niż ponura rzeczywistość na Nabuchadnezzarze. No i wspomnienie tej żółtej, pełnej grudków, proteinowej obrzydliwej papki na śniadanie, obiad i kolację.

Ten fragment filmu „Matrix” z 1999 roku często jest źle rozumiany. Cypher zdradził przyjaciół nie dlatego, że wkurzała go papka. Papka była ostatnim źdźbłem, które przeważyło szalę. Chodziło o zderzenie z rzeczywistością, w której był niedocenionym geniuszem. Prawdopodobnie wyszedł z Matriksa za pierwszym razem, ponieważ sądził, że przejście w zupełnie nowy świat otworzy mu zamknięte do tej pory perspektywy. Okazało się inaczej, wciąż był jednym z wielu. Nie był Wybrańcem, którego pokochałaby Trinity. Wolał więc wrócić do iluzji – tym razem, dzięki Agentom systemu, jako ktoś sławny i bogaty, może aktor? – niż znów szarpać się z otoczeniem.

Podobna sytuacja miała miejsce w głowach wielu specjalistów social media po przeczytaniu książki Gary’ego Vaynerchuka „W market(r)ingu” i dokładnym przeżuciu wszystkich opisanych tam przykładów postów: dobrych i kiepskich. Lektura okazała się przejściem ze świata fantazji „robimy świetny social” do świata realnego „poza kilkoma wyjątkami, treści które tam umieszczacie są beznadziejne”. Reklamowa rzeczywistość zaczęła boleć. Nie chodzi tylko o nietrafione posty i nachalne komentarze. Rzeczywistość kopie z całej siły, gdy mijam te wielkie bilbordy z reklamami, gdy widzę stockowe zdjęcia, gdy czytam agresywne zachęty do zakupu niepoparte własnym wkładem w społeczność. Gdy wiem, że firmy, które te reklamy wykupiły, wciąż tkwią w mentalnym, reklamowym Matriksie. Sądzą, że są fajne, otwarte na klientów.

Dzisiaj kasę napędza social.

Social ceni autentyczność. Autentyczność wymaga szczerości i zaangażowania. A firmy angażują 500 złotych miesięcznie na działania socialowe, albo w ogóle wymagają od agencji, żeby zajmowały się tym przy okazji, w ramach całego pakietu współpracy. „To tylko parę postów, o co wam chodzi?”.

No, właśnie o to chodzi, że nie łapiecie, o co chodzi.

Kiedyś metaforą biznesu był taki obraz: sprzedawca na ulicy, stoi na pudełku, głowę wyżej od innych, i krzyczy do tłumu zachęty reklamowe. Gdy ktoś spojrzy w jego stronę, wtedy macha i krzyczy jeszcze bardziej. Dziś oczekuje się, że sprzedawca będzie poruszał się wraz z ludźmi na ulicy, nosił intrygujący t-shirt, zagadywał i był zagadywany. Gdy zacznie się wokół niego tworzyć skupisko osób, wtedy może zaprezentować swoją ofertę.

Social to nie jest świat stockowych zdjęć ani newsów o przekroczeniu poziomu sprzedaży. Daje firmom i markom szansę zostania wartościowym członkiem społeczności, ale wymaga zejścia z piedestału. Odrzucenia błogiej ignorancji. Serwowania może czasem papki, może dziwacznych wpisów, może niekorporacyjnych treści, ale bycia częścią większej społeczności, prawdziwego świata.

Welcome to the real world

– Morpheus, The Matrix, 1999

PS. Tak, wiem, obrazek tego postu jest stockowy i z watermarkiem. Specjalnie, serio:)

Podziel się z innymi

Post Comment